| |
Sabine Koppelberg, Peter Vojtas, Andrzej Roslanowski i Lev Bukovsky. Tel Aviv, Styczen 1991. | |
From left: Andrzej Roslanowski, Sakae Fuchino, Peter Vojtas i Lev Bukovsky. Ramat Gan, Styczen 1991. |
A jakies 30sci lat temu, w grudniu 1975 zaczalem sie uczyc Matematyki. Bylem wtedy uczniem klasy Ib III Liceum Ogolnoksztalcacego we Wroclawiu i przedtem nigdy nie czytalem podrecznikow czy innych takich - wystarczyly mi lekcje. Ale pozna jesienia 1975 nasz nauczyciel matematyki, Prof. Zdzislaw Slomian (moj pierwszy Mistrz) wytknal mi (ocenami i przygadaniem) niewiedze. Do tego moja pozniejsza zona nie chciala w ogole zwracac uwagi na mnie. I te dwa czynniki wprowadzily mnie w stan rozpaczy ktora to rozpacz postanowilem przegonic czytaniem pierwszego tomu Rachunku rozniczkowego i calkowego Fichtenholza. Jak to milo ze Mama miala te ksiazke w domu! Do dzisiaj wszystkie trzy tomy stoja w moim pokoju, a ten pierwszy ledwo trzyma sie kupy. Czytalem te ksiazke systematycznie i bardzo powoli - zajelo to mi prawie dwa lata a ksiazka poszla prawie w rozsypke.
Jak juz wczesniej zadeklarowalem, nie bede przeprowadzal zadnych przegladow i podsumowan. Pozwole sobie tylko zauwazyc ze wychodzi mi na to ze moze (matematyczne) zycie liczy sie pietnastkami i nowa pietnastke zaczynam w tych dniach. A nowe oznacza duzo pracy, malo czasu wiec nie bede sie Wam zbyt duzo rozpisywal (ani teraz ani w przyszlosci) - sprobuje jednak slowa dotrzymac i co jakis czas raporcik napisac.
Zylem tym wyjazdem juz od polowy semestru. Niestety nie moglem zrobic wszytkiego co powinienem byl zrobic przed wyjazdem - uczenie i inne obowiazki w UNO zajmowaly wiekszosc mojego czasu i troche starej pracy przywiozlem z soba do Izraela (patrzcie ponizej)
Ja zylem moim wyjazdem i moi studenci wyraznie to widzieli. Co niektorzy
zalowali ze nie bedzie mnie w Omaha w przyszlym roku i starali sie jakos
siebie i mnie pocieszyc. Na przyklad Patrick zegnal mnie czekolada ,
byly tez i inne prezenty (i lzy?).
Troche tak mi na zlosc, moj stary laptop rozsypal sie. Moze nie tak
calkiem do konca, ale wystarczajaco abym od pewnego juz czasu nosil sie z
zamiarem nabycia nowego. I pewnie bym nosil sie tak jeszcze przez rok czy
tez dwa gdyby nie Gosia, ktora postanowila oprezentowac mnie swiatecznie,
urodzinowo i noworocznie. Jednym zdecydowanym posunieciem na Internecie moja (wielce szanowna) Zona
zakupila dla mnie Maka! Pieknego MacIntosha PowerBook G4 15"
. Szybko odkrylem ze system operacyjny (MacOS X Tiger)
tej maszynki to rzeczywiscie Unix i ze w miare latwo moge miec prawie
wszystko co mam na maszynach Linuxowskich. I pokochalem tego mego Maka, az
sie moj Pingwin Tux przewrocil z zadzrosci
. Dostalem tez od Gosi iPoda
(iPod shuffle 1GB) i sluchawki Bose'a abym mogl sobie sluchac
muzyki wszelakiej. Radosc moja byla (i jest) olbrzymia i chyba bylo to widac
. Na okolicznosc tych wszystkich prezentow zrobilem troche
porzadku w moim smietniku i oddalem na zlom nasze dwa stare PCety (z 1997
i 1999) ktore kupilismy jeszcze w Boise a ktore juz nie byly uzywane bo
najnowszych systemow operacyjnych nie dawalo sie sie na nich
zainstalowac. Z pewnym zalem pozegnalem sie wiec z ta kupka zlomu:
Nie myslcie sobie ze tylko ja dostalem mile prezenty. Gosia tez byla grzeczna (zdala pol egzaminu ostatnio) i w nagrode dostala od Mikolaja aparat fotograficzny. Taki super-cyfrowo-bajerny:
Byly tez wiecej drobiazgow pod nasza mala choinka:
|
|
|
Gosia byla szczesliwa (takze z powodu mego wyjazdu???)
Ganiala ci Ona po chalupie i pstrykala zdjecia. Te trzy ponizej to byly akurat zrobione moim starym aparatem (tak dla odmiany):
Taaaak, pakowanie zajelo mi troche czasu. Ale spakowalem sie zapominajac tylko o paru w miare nieistotnych drobiazgach i podroz zaczalem na czas.
Po przylocie do Tel Avivu zostalem oszolomiony i oczarowany nowym lotniskiem (otwartym w tamtym roku). Nie bede tego opisywal powiem tylko: wow! To lotnisko jest teraz takie jak JFK albo co innego takiego. Naprawde ladne, funkcjonalne i nowoczesne. Przynajmniej takie wrazenie zrobilo na mnie po tej calej dlugiej podrozy. Niestety, aparat fotograficzny mialem schowany w walizce i zadnych zdjec nie zrobilem.
Z lotniska pojechalem bezposrednio do mojego mieszkania. Wyglada ono OK, jest to zapewne wiecej niz potrzebuje. Ale mam tu rozsadne warunki do pracy, wiec jak bede mial lenia to moge zostac w domu pracowac. Moi gospoodarze to para starszych filozofow -religioznawcow, Tamar i Jacob Ross. Obydwoje sa bardzo mili i mam wrazenie ze nam bedzie sie wszystko spokojnie ukladac. To jest wazne, bo to moje mieszkanie to tak naprawde jest czescia ich domu. "Moje pokoje" sa polozone w ciagu na ktorego jednym koncu jest moje prywatne wejscie z zewnatrz, a na drugim sa takie "wewnetrzne" dzrzwi do ich korytarza i pokoi. Na dobra sprawe to zarowno oni do mnie jak i ja do nich mozemy zajrzec "przez przypadek". Oczywiscie, moge zamknac od wewnatrz te drzwi rozdzielajace nas ale moze to i lepiej ze oni moga tu zajrzec bez problemu. Calo to moje krolestwo wyglada jakos tak, zaczynajac od zewnatrz:
To teraz wiecie juz gdzie i jak mieszkam. Ulica nazywa sie Rehov Sheshet Hayamim co znaczy Ulica Szesciu Dni. Zapewne wiecie o jakie 6 dni chodzi?
Caly dzien we wtorek, pierwszego pelnego dnia mojego tu pobytu, spedzilem na organizowaniu sie. Po zrobieniu podstawowych zakupow kolo domu i zalatwieniu paru spraw w tej okolicy, pojechalem na Uniwersytet. To kawalek stad, bo to moje mieszkanie jest kolo kampusa ale nie tego co trzeba - jestem na polnocy Jerozolimy dosc niedaleko od Mount Scopus. A moj Instytut znalduje sie na kampusie Givat Ram, jakies 15-20 minut autobusem stad.
Oczywiscie ze widzialem sie juz z Saharonem. Ustalilismy plan pracy. Wyglada na to ze bede bardzo zajety, pewnie bardziej niz bym chcial. Ale czyz nie po to tu przyjechalem???
Duzo krotsza angielska wersja tego raportu jest tutaj
A nastepny raport ode mnie pojawi sie gdy sie pojawi. Moze w poczatku
lutego?
Trzymajta sie cieplo wszyscy! Pa pa pa,
Andrzej
Last modified: Thu Dec 29 06:41:50 IST 2005