Hej Rodzinka i Inni,

(Wszystkie miniaturki zdjec ponizej zaprowadza Was do wiekszych zdjec - po prostu kliknijcie na miniaturke.)

Zycie liczone pietnastkami

Dzisiaj sa moje urodziny... nic takiego aby byc szczesliwym. I to ktore - 45te! Takie urodziny sa dobrym dniem do napisania kolejnego raportu. I to nie aby zechcialo mi sie zabierac za podsumowanie mego (dotychczasowego) zycia czy tez inne takie. Takze nie mam zamiaru rozwodzic sie nad niesprawiedliwoscia Czasu - wszystkich traktuje on tak samo. Natomiast mam zamiar zaczac liczyc ten czas od nowa. Bo wiecie, to nie tylko ze dzisiaj sa moje urodziny - w tych dniach mija tez (mniej wiecej) 15 lat od kiedy zaczela sie moja matematyczna przygoda z Izraelem. W styczniu 1991 roku polecialem "na wariata" na konferencje do Izraela na wlasny koszt, na wlasny upor i z wojna w Zatoce za pasem. Kto to jeszcze pamieta? Dla przypomnienia dwa stare zdjecia (wiecej starych zdjec matematycznych mozecie znalezc tutaj ):

      Sabine Koppelberg, Peter Vojtas, Andrzej Roslanowski i Lev Bukovsky. Tel Aviv, Styczen 1991.       From left: Andrzej Roslanowski, Sakae Fuchino, Peter Vojtas i Lev Bukovsky. Ramat Gan, Styczen 1991.

A jakies 30sci lat temu, w grudniu 1975 zaczalem sie uczyc Matematyki. Bylem wtedy uczniem klasy Ib III Liceum Ogolnoksztalcacego we Wroclawiu i przedtem nigdy nie czytalem podrecznikow czy innych takich - wystarczyly mi lekcje. Ale pozna jesienia 1975 nasz nauczyciel matematyki, Prof. Zdzislaw Slomian (moj pierwszy Mistrz) wytknal mi (ocenami i przygadaniem) niewiedze. Do tego moja pozniejsza zona nie chciala w ogole zwracac uwagi na mnie. I te dwa czynniki wprowadzily mnie w stan rozpaczy ktora to rozpacz postanowilem przegonic czytaniem pierwszego tomu Rachunku rozniczkowego i calkowego Fichtenholza. Jak to milo ze Mama miala te ksiazke w domu! Do dzisiaj wszystkie trzy tomy stoja w moim pokoju, a ten pierwszy ledwo trzyma sie kupy. Czytalem te ksiazke systematycznie i bardzo powoli - zajelo to mi prawie dwa lata a ksiazka poszla prawie w rozsypke.

Jak juz wczesniej zadeklarowalem, nie bede przeprowadzal zadnych przegladow i podsumowan. Pozwole sobie tylko zauwazyc ze wychodzi mi na to ze moze (matematyczne) zycie liczy sie pietnastkami i nowa pietnastke zaczynam w tych dniach. A nowe oznacza duzo pracy, malo czasu wiec nie bede sie Wam zbyt duzo rozpisywal (ani teraz ani w przyszlosci) - sprobuje jednak slowa dotrzymac i co jakis czas raporcik napisac.

Semestr pod znakiem wyjazdu i prezentow

W moim poprzednim raporcie meldowalem juz ze dostalem pozycje Schonbrunn Visiting Professor na Uniwersytecie Hebrajskim. Przez nadchodzacy rok bede tu pracowal z Saharonem. Jak za starych dobrych czasow....

Zylem tym wyjazdem juz od polowy semestru. Niestety nie moglem zrobic wszytkiego co powinienem byl zrobic przed wyjazdem - uczenie i inne obowiazki w UNO zajmowaly wiekszosc mojego czasu i troche starej pracy przywiozlem z soba do Izraela (patrzcie ponizej)

Ja zylem moim wyjazdem i moi studenci wyraznie to widzieli. Co niektorzy zalowali ze nie bedzie mnie w Omaha w przyszlym roku i starali sie jakos siebie i mnie pocieszyc. Na przyklad Patrick zegnal mnie czekolada , byly tez i inne prezenty (i lzy?).

Troche tak mi na zlosc, moj stary laptop rozsypal sie. Moze nie tak calkiem do konca, ale wystarczajaco abym od pewnego juz czasu nosil sie z zamiarem nabycia nowego. I pewnie bym nosil sie tak jeszcze przez rok czy tez dwa gdyby nie Gosia, ktora postanowila oprezentowac mnie swiatecznie, urodzinowo i noworocznie. Jednym zdecydowanym posunieciem na Internecie moja (wielce szanowna) Zona zakupila dla mnie Maka! Pieknego MacIntosha PowerBook G4 15" . Szybko odkrylem ze system operacyjny (MacOS X Tiger) tej maszynki to rzeczywiscie Unix i ze w miare latwo moge miec prawie wszystko co mam na maszynach Linuxowskich. I pokochalem tego mego Maka, az sie moj Pingwin Tux przewrocil z zadzrosci . Dostalem tez od Gosi iPoda (iPod shuffle 1GB) i sluchawki Bose'a abym mogl sobie sluchac muzyki wszelakiej. Radosc moja byla (i jest) olbrzymia i chyba bylo to widac . Na okolicznosc tych wszystkich prezentow zrobilem troche porzadku w moim smietniku i oddalem na zlom nasze dwa stare PCety (z 1997 i 1999) ktore kupilismy jeszcze w Boise a ktore juz nie byly uzywane bo najnowszych systemow operacyjnych nie dawalo sie sie na nich zainstalowac. Z pewnym zalem pozegnalem sie wiec z ta kupka zlomu:

   

Nie myslcie sobie ze tylko ja dostalem mile prezenty. Gosia tez byla grzeczna (zdala pol egzaminu ostatnio) i w nagrode dostala od Mikolaja aparat fotograficzny. Taki super-cyfrowo-bajerny:

       

Byly tez wiecej drobiazgow pod nasza mala choinka:

   

Gosia byla szczesliwa (takze z powodu mego wyjazdu???)

       

Ganiala ci Ona po chalupie i pstrykala zdjecia. Te trzy ponizej to byly akurat zrobione moim starym aparatem (tak dla odmiany):

       

Taaaak, pakowanie zajelo mi troche czasu. Ale spakowalem sie zapominajac tylko o paru w miare nieistotnych drobiazgach i podroz zaczalem na czas.

Jerozolima

Lecialem dokladnie w pierwszy dzien Swiat: wylot 25tego grudnia o 16stej, przylot do Tel Avivu 26stego grudnia o 16stej. Podroz trwala 16 godzin, roznica stref czasowych zlozyla sie na pozostale 8 godzin. Najpierw lecialem takim malym samolotem (Embrayer???) do Newark (3 godziny) a stamtad juz na pokladzie Boenig 777-200 do Tel Avivu (10 godzin). Wspominam ten ostatni samolot, bo zaraz po wylocie kapitan wital nas na pokladzie 777 najpierw po angielsku a potem po hebrajsku. A ze 777 to "sheva-sheva-sheva" to zaraz mi to przypomnialo o tym ze wsrod moich zaleglych zadan jest przygotowanie ostatecznej wersji pracy Sheva-Sheva-Sheva: Large Creatures (przyjetej niedawno do Israel Journal of Mathematics)

Po przylocie do Tel Avivu zostalem oszolomiony i oczarowany nowym lotniskiem (otwartym w tamtym roku). Nie bede tego opisywal powiem tylko: wow! To lotnisko jest teraz takie jak JFK albo co innego takiego. Naprawde ladne, funkcjonalne i nowoczesne. Przynajmniej takie wrazenie zrobilo na mnie po tej calej dlugiej podrozy. Niestety, aparat fotograficzny mialem schowany w walizce i zadnych zdjec nie zrobilem.

Z lotniska pojechalem bezposrednio do mojego mieszkania. Wyglada ono OK, jest to zapewne wiecej niz potrzebuje. Ale mam tu rozsadne warunki do pracy, wiec jak bede mial lenia to moge zostac w domu pracowac. Moi gospoodarze to para starszych filozofow -religioznawcow, Tamar i Jacob Ross. Obydwoje sa bardzo mili i mam wrazenie ze nam bedzie sie wszystko spokojnie ukladac. To jest wazne, bo to moje mieszkanie to tak naprawde jest czescia ich domu. "Moje pokoje" sa polozone w ciagu na ktorego jednym koncu jest moje prywatne wejscie z zewnatrz, a na drugim sa takie "wewnetrzne" dzrzwi do ich korytarza i pokoi. Na dobra sprawe to zarowno oni do mnie jak i ja do nich mozemy zajrzec "przez przypadek". Oczywiscie, moge zamknac od wewnatrz te drzwi rozdzielajace nas ale moze to i lepiej ze oni moga tu zajrzec bez problemu. Calo to moje krolestwo wyglada jakos tak, zaczynajac od zewnatrz:

Widok od zewnatrz na moje mieszkanie i (po prawej) z moich drzwi wejsciowych w kierunku kladki/pomostu ktorymi tu dochodze
W polowie tej kladki (powyzej) moge zobaczyc taki kawalek Jerozolimy:
A mowiac o widokach, to jak stane tak calkiem przed tym domem to po lewej widze to co po lewej a po prawej to co po prawej. Ten most po prawej w dali to duze nowe skrzyzowanie ulic, jedna z nich wjezdza na French Hill (prosto w kierunku patrzenia) a druga wiedzie do Ma'aleh Adomim (w lewo)
Drzwi wejsciowe do moich apartamentow prowadza do kuchni (o wymiarach mniej wiecej 2mx4m)
Z kuchni wchodzi sie do pokoju ktory jest moja sypialnia (o wymiarach, w przyblizeniu, 3.8mx3.8m). Zdjecie po lewej jest zrobione z wyjscia z sypialni do malego korytarzyka, patrzac w kierunku kuchni.
Wspomniany powyzej korytarzyk ma po lewej (odwracajac sie plecami do sypialni i kuchni) wejscie do malego pokoiku (3mx2.5m) ktory bedzie moja pracownia
a po prawej malutka lazienke z ubikacja A na wprost (patrzac tak ze z tylu sa kuchnia i sypialnia) znajduja sie drzwi do moich Gospodarzy).

To teraz wiecie juz gdzie i jak mieszkam. Ulica nazywa sie Rehov Sheshet Hayamim co znaczy Ulica Szesciu Dni. Zapewne wiecie o jakie 6 dni chodzi?

Caly dzien we wtorek, pierwszego pelnego dnia mojego tu pobytu, spedzilem na organizowaniu sie. Po zrobieniu podstawowych zakupow kolo domu i zalatwieniu paru spraw w tej okolicy, pojechalem na Uniwersytet. To kawalek stad, bo to moje mieszkanie jest kolo kampusa ale nie tego co trzeba - jestem na polnocy Jerozolimy dosc niedaleko od Mount Scopus. A moj Instytut znalduje sie na kampusie Givat Ram, jakies 15-20 minut autobusem stad.
W Givat Ramie wielkich zmian (w porownaniu z latem 2004) nie dostrzeglem:
W samym Instytucie pewne rzeczy sie nie zmienily, np puzle wylozone na stolach aby przechodnie mogli sie zajac przez moment wciaz sa tu. (Ale wydaje mi sie ze same ukladanki sa inne. Tamte stare pewnie juz ulozono...)
Obok puzli, w hallu przy wejsciu do biblioteki pojawil sie nowy kawalek sztuki
Moj pokoj (office) jest stale ten sam

Oczywiscie ze widzialem sie juz z Saharonem. Ustalilismy plan pracy. Wyglada na to ze bede bardzo zajety, pewnie bardziej niz bym chcial. Ale czyz nie po to tu przyjechalem???

Duzo krotsza angielska wersja tego raportu jest tutaj

A nastepny raport ode mnie pojawi sie gdy sie pojawi. Moze w poczatku lutego? Trzymajta sie cieplo wszyscy! Pa pa pa,
Andrzej



[Back]    Powrot do Strony Raportow
 
 

Last modified: Thu Dec 29 06:41:50 IST 2005